Kto porwie Okularnicę?

Autor: Sławomir Zatwardnicki | Nauka Kościoła o Ekonomii | Data publikacji: 2013-12-31

Czy znajdzie się ktoś, kto porwie katolicką naukę społeczną - "Okularnicę"? Ileż można czekać w bibliotece…
Źródło: photogenica.pl

Jako się rzekło w pierwszym tekście z cyklu „KNS na wesoło”, katolicka nauka społeczna wiedzie sobie żywot mało światowy. Prędzej spotkasz ją w bibliotece niż w gabinetach politycznych, raczej kurzy się w podręcznikach ustawionych w wojskowe szeregi na bibliotecznych półkach niż wychodzi na zewnątrz, do ludzi, by zawojować cały świat, do czego przecież została powołana. Głos ma piękny, ale co z tego, jeśli nie dopuszcza się jej do głosu? Sprawia wrażenie zasadniczej, ale być może jest po prostu dojrzała – by można to było sprawdzić, musiałaby choć na moment nosa wyściubić i wyluzować trochę...

I właśnie w tym celu, żeby jej trochę pomóc, tej naszej Okularnicy – bo tak ją spersonifikowaliśmy – nauce katolickiej społecznej, by dać szansę, by trochę ją uspołecznić, wyciągnąłem do niej przyjazną dłoń, i poprowadziłem do ludzi. Przedstawiłem ją Państwu, spotkała się mam nadzieję na chwilę złotousta teoria ze skrzeczącą rzeczywistością, być może coś na moment zaiskrzyło, pojawiła się jakaś „chemia” antypatii albo właśnie sympatii, może nawet okular Czytelnika zaszedł mgłą, a przemarznięte dłonie zadrżały, jak w znanej piosence „Okularnicy”, tak że będzie można liczyć na dalszy ciąg: „Potem razem w bibliotece, i w stołówce, i w kolejce”.

Panna okazała się przecież atrakcyjniejsza, niż mogło się wydawać, gdy siedziała sobie z nosem zakurzonym od zanurzania w mądrych księgach. Autor spełnił swoje zadanie, jeśli Czytelnik spojrzał przychylniejszym okiem na katolicką naukę społeczną, jeśli w końcu co nieco z niej zrozumiał czy przynajmniej porzucił tych kilka narosłych wokół niej stereotypów męczących jak muchy zakłócające biblioteczną ciszę. A gdyby któryś z Czytelników rozpoznał ku swojemu zdumieniu jakiś afekt rodzący się względem Okularnicy – na twarzy pomysłodawcy tego ogłoszenia matrymonialnego o monstrualnych gabarytach dziewiętnastu odcinków z pewnością zagości uśmiech.

Dowiedzieliśmy się o waćpannie, że twardo stąpa po ziemi, mimo że posądzaliśmy ją wcześniej o bujanie w chmurach. Ale z drugiej strony zobaczyliśmy, że nie traci z okularów tych wartości, którymi żyje, choć jest intelektualistką nietypową, ponieważ ideały te nie służą jej do tworzenia kolejnych ideologii, ale stanowią wyraz troski o wszystkich ludzi, albo lepiej: o każdego człowieka jako osobę. W związku z tym na paznokciu (tipsów nie używa, moda nie nadąża za nią) wypisała sobie łatwe do zapamiętania i dlatego zwykle zapominane wartości, które służą godności człowieka: prawdę, wolność, sprawiedliwość, a także uznaną przez papieża Benedykta XVI za centrum nauki społecznej Kościoła – miłość (por. Caritas in veritate). Przeglądając w tym błyszczącym paznokciu jak w lustrze życie społeczne – formułuje zasady, które mają mu służyć: dobro wspólne, pomocniczość (nie mylić z opiekuńczością!), solidarność i uczestnictwo.

Jest dobrą kandydatką na żonę – wszechstronnie wykształcona, na pierwszym miejscu stawia jednak na karierę domową, przy czym oczekuje dowartościowania jej wkładu w życie społeczne, które realizuje wprowadzając członków rodziny w odpowiedzialność wspólnotową. Zna wagę pracy w rozwoju człowieka, ale nie pozwoli mężowi na pracoholizm, bo absorbuje ją integralny rozwój; namówiwszy go do odpoczynku, nie przystanie jednak na bezpłodną bezczynność. W płodności z kolei nie będzie widziała patologii, lecz wyraz zdrowia. Zamiast chorego narzekania na niską wypłatę czy małowartościową pracę, zaangażuje się w wywracanie rzeczywistości społecznej na właściwą stronę, tak by naprawiać panujące nad ludzkimi trybikami uwarunkowania, na które słusznie pomstował już Pius XI: „martwa materia wychodzi z warsztatu uszlachetniona, ludzie zaś psują się tam i nikczemnieją” (Quadragessimo anno).

Świadoma swoich obowiązków, nie waha się przypominać o obowiązkach związanych z własnością prywatną. Z chęcią cytuje zdanie sformułowane przez Papieską Radę „Iustitia et Pax” a skierowane do biznesmenów: „Zysk jest dobrym sługą, ale kiepskim panem” (Powołanie lidera biznesu. Refleksja). Ale uwaga, nie lubi, gdy posądza się ją o bycie na usługach „marksizmu serca Jezusowego”, w jej sercu bowiem panuje nie chęć do tworzenia systemów społeczno-gospodarczych, ale przekonanie, że każde rozwiązanie musi być ocenione w oparciu o antropologiczne kryterium; bo przecież – nigdy dość przypominania tego – „»punktem węzłowym« katolickiej nauki społecznej jest człowiek, jego wolność i godność” (Reinhard Marx). Zajmuje ją więc człowiek wciąż niestety pokurczony jak filcowy kapelusz i ciągle pomięty jak płaszcze okularników z nadal aktualnej (polskie dwa tysiące!) piosenki autorstwa Agnieszki Osieckiej:

Wymęczeni, wychudzeni,
z dyplomami już w kieszeni,
odpływają pociągami,
potem żenią się z żonami.
Potem wiążą koniec z końcem
za te polskie dwa tysiące.
Itp., itd.,
itd.

Kobieta z wartościami, z pozoru zasadnicza, ale przecież na tyle elastyczna, że da się uwieść pretendentowi, który nie będzie chciał jej wykorzystać, ale który będzie gotowy z jej pomocy skorzystać, nawet jeśli będzie pozostawiał wiele do życzenia. Skoro wie, że baśniowych gierojów ze świecą dziś szukać, odkłada świecę myślenia życzeniowego na bok i nie czeka na księcia z bajki, choć sama przecież nie wyjdzie po księcia z realu – nie wypada dobrze wychowanej niewieście czynić pierwszego kroku. Jeśli wymienia cechy kandydata do zamążpójścia, które powinien on w jej mniemaniu posiadać, to nie dlatego, że rysuje portret ideału, ale by zabezpieczyć się przed karykaturą ideałów, do których lokata uczuć w nieodpowiednim osobniku mogłaby doprowadzić.

To jej matrymonialna strategia, specyficzne kokietowanie, które niejednemu kandydatowi wydało się odstraszaniem – a wtedy zdołowany aspirant uznawszy, że nie ma szans na podołanie jej oczekiwaniom, odpuszczał ją sobie. Zupełnie niepotrzebnie, bo w głębi serca tęskni ona nie za uporządkowanym jak biblioteczne grządki grzecznym chłopcem, ale za wojownikiem; nie barbarzyńcą oczywiście, ale rycerzem walczącym w obronie ideałów z barbarzyńcami; za tygrysem oswojonym, który nie zapomniał jednak swojej dzikiej natury. Dość ma już tych świeckich pobożnisiów, którzy posługują się jej twarzą, żeby dorabiać ludzką twarz socjalizmowi, a przy okazji Chrystusowi przyprawiać gębę marksisty.

Powiedzieliśmy za Janem XXIII, że nasza panna na wydaniu spoglądając zza swoich okularów widzi rzeczywistość, następnie ocenia ją w świetle przyjętych zasad, a w końcu chce działać, tak by nie pozostały jedynie w teorii. Przyjrzeliśmy się pobożnej, mądrej i praktycznej waćpannie, zbadaliśmy co reprezentuje, oceniliśmy ją pozytywnie, a teraz pora na działanie! Niech potencjalny amant nie lęka się o to, czy sprosta wymaganiom Okularnicy, którym zaradzić się w pełni nie da. Ona sprawi, że jego praktyczne zaangażowanie zostanie przeniknięte jej ideałami, a on z kolei umożliwi jej, że nie pozostanie jedynie teorią. Bo mąż i żona mają się uzupełniać, a nie upodabniać do siebie. I to on właśnie musi ją ponieść do swojego świata, na przekór jej pozorowanemu oporowi!

Katolicka nauka społeczna czeka, aż ktoś jej, tak dobrze wychowanej i z zasadami, których sobie nie odpuści, ale które potrafi dostosować do konkretnych warunków społecznych, skradnie pocałunek. Czy znajdzie się ktoś, kto porwie Okularnicę? Ileż można czekać w bibliotece…


Copyright © by Nowe Życie

Udostępnij w : Wyślij znajomemu



Rozwijaj z nami największy portal katolicki Opoka.org.pl

Wspieram Fundację Darczyńcy

Partner Fundacji:

Partnerzy naukowi:

Wsparcie modlitewne:

Newslettery: