Poszukiwany, poszukiwana: asceta konsumpcyjny

Autor: Sławomir Zatwardnicki | Nauka Kościoła o Ekonomii | Data publikacji: 2013-11-07

Homo consumens żyje w warunkach, w których motywacją do działania nie jest już potrzeba czy pragnienie, ale zachcianka.
Źródło: Photogenica.pl

Mało co tak śmieszy jak stare dowcipasy o żołnierzach. W stylu tego na przykład: Co ma żołnierz pod łóżkiem? Żołnierz pod łóżkiem ma utrzymywać porządek. Spróbujmy w takim razie w nadziei, że nieoryginalne żarty cieszą wcale nie mniej od kotletów nieodgrzewanych, dokonać „żołnierskiego” zapisu wykładu katolickiej nauki społecznej w temacie zjawiska konsumizmu, któremu podlegamy zdaje się wszyscy. Stąd tytuł sugerujący wytężone poszukiwania ascety konsumpcyjnego, którego postaramy się scharakteryzować „po żołniersku”, podobnie jak uczynimy to w odniesieniu do tych wszystkich nieascetycznych konsumentów, w tłumie których ze świecą (jaką? metaforyczną!) trzeba by szukać ascety konsumpcyjnego.

Zacznijmy od tego, co daje sobie współczesny konsument? Daje sobie wmówić, że konsumpcja sama w sobie jest czymś neutralnym moralnie. A przecież każda działalność człowieka, nie wyłączając sfery ekonomicznej, podlega ocenie. Na przekór stereotypom należy więc podkreślić za Benedyktem XVI, że „pozyskiwanie zasobów, finansowanie, produkcja, konsumpcja i wszystkie pozostałe fazy cyklu ekonomicznego mają nieuchronne implikacje moralne. Tak więc każda decyzja ekonomiczna ma konsekwencję o charakterze moralnym”. Co więc ma konsument-decydent w sklepie? Oczywiście ma moralny wybór. W jego decyzjach, podobnie jak w preferencjach producentów dóbr wszelakich i wszelako nie zawsze potrzebnych „ujawnia się – zauważa Jan Paweł II – określona kultura jako ogólna koncepcja życia. To właśnie tutaj powstaje zjawisko konsumizmu” (Centesimus annus).

Zapytajmy następnie, co odziedziczył po przodkach dzisiejszy konsument? Otóż odziedziczył po nich różną od nich sytuację. Kiedy babcia z dziadkiem w jednej izbie stali, a ociec i matka leżeli na płytkach PCV, bo łóżek nie było w sklepach (bo przecież rzucili ocet), w swoim M-z małą liczbą, to homo consumens żyje w warunkach, w których motywacją do działania nie jest już potrzeba czy nawet pragnienie, ale zwykle po prostu zwykła czy niezwykła zachcianka. I jeśli przodkowie niewiele mieli i dlatego walczyli o przetrwanie, ich następcy walczą o przetrwanie z powodu tego, że mają lub mogą mieć za dużo. Po co tyle dóbr na rynku? Po dziurki w nosie. Łatwo odpowiedzieć na pytanie, co ma taki konsument. Otóż ma on postawę ukierunkowaną na to, co ma, a nie – kim jest, przy czym zagadnięty o to wprost – serdecznie by się zdziwił wystawioną mu oceną; całym sercem, za to zupełnie bezmyślnie, ulega impulsowi pożądania dóbr niższej wartości, próbując w ten sposób zagłuszyć innego rodzaju pragnienia.

Jak żołnierzowi chlebak (jak sama nazwa wskazuje) ma służyć do noszenia granatów (żeby się nie „chlebotały”), tak konsumentowi kieszeń służy do tego, aby wyciągać z niej portfel (żeby się nie „skieszenił”). Kupuje więc życie i sens życia, którego kupić się nie da; wydaje mu się, że jeśli wyda więcej, będzie go więcej. Trzeba by „zachlebotać” jego życiem, aby zauważył, iż „błędem jest styl życia, który wyżej stawia dążenie do tego, by mieć, aniżeli być, i chce więcej mieć nie po to, aby bardziej być, lecz by doznać w życiu jak najwięcej przyjemności” (Jan Paweł II, Centesimus annus). Trzeba być, aby mieć, i aby wiedzieć, co mieć, żeby bardziej być. „Znalazłem się w miejscu – pisał nieoceniony Chesterton – gdzie ludzie głęboko wierzą, że to drzewa wywołują wiatr”. A przecież: co ma drzewo? Nie liście przecież – drzewo ma się poruszać od wiatru. A co ma żołnierz w butach? Stać na baczność! A co ma konsument? Oczywiście ma być!

Idźmy dalej, ku pytaniu: Ile konsument ma możliwości wyborów i z czego? Konsument ma niemal nieskończony wybór, z czego tylko jeden dobry, bo odpowiadający integralnemu rozwojowi. Właśnie, katolicka nauka społeczna proponuje i promuje wizję człowieka integralną, to znaczy ogarniającą wszystkie wymiary istnienia człowieka, w tym także ten wewnętrzny, którego nie da się nakarmić w hipermarkecie. Co więc „homo consumens” powinien robić z wózkiem na zakupy? Powinien, rzecz jasna, pamiętać o hierarchii uwzględniającej podporządkowanie dóbr człowiekowi i jego prawdziwemu powołaniu (por. Jan Paweł II, Sollicitudo rei socialis). I powinien się, także w sklepie, opierać o coś; o co? O tę właśnie hierarchię, by dokonywać wyboru adekwatnego do nieskarykaturyzowanej wizji człowieka.

A teraz trzeba by spojrzeć na środowisko kulturowo-ekonomiczne, w którym przyszło żyć – czy raczej mieć – konsumentowi. Co ma żołnierz w spodniach? Żołnierz w spodniach ma chodzić długo i oszczędnie. A co ma konsument w spódnicy? Konsument w spódnicy ma chodzić krótko, by nie szczędzić zarobku producentowi. Ekonomia zysku, zabsolutyzowana do tego stopnia, że trudno nie czcić dziś bożka mamony, nie jest podporządkowana żadnym wartościom, stanowi jedynie środek służący wytwarzaniu sztucznych dóbr i usług, dzięki którym co producent ma w kieszeni? Pewny zysk. „W samym systemie gospodarczym – stwierdza autor encykliki Centesimus annus – nie ma kryteriów pozwalających na poprawne odróżnienie nowych i doskonalszych form zaspokajania ludzkich potrzeb od potrzeb sztucznie stwarzanych, przeszkadzających kształtowaniu się dojrzałej osobowości”.

Jakiś czas temu Małgorzata Felicka, biznesmen i filozof w jednej kobiecie, trafnie wezwała do przeciwstawienia się dominującym trendom: „Dotychczas w wielu sprawach ludziom nawet nie przychodziło na myśl, że powinni się sami ograniczać, bo ograniczał ich trudny do zniesienia niedostatek. Wydaje się wszakże, że teraz już nie tylko asceci, ale i zwykli ludzie muszą dobrowolnie zrezygnować z wyborów, które na pierwszy rzut oka zdają się przyjemne i korzystne”. Chodzi więc o praktykowanie „ascezy konsumpcyjnej” wyrażającej się samodyscypliną i umiarkowaniem. Co taki „asceta konsumpcyjny” ma na swoim koncie? Asceta konsumpcyjny na swoim koncie ma wydatki przemyślane. Nie wystarczy odrzucenie potrzeb sztucznie stwarzanych, ani nawet zachowanie dystansu wobec rozreklamowanej „nadoferty”, potrzeba jeszcze uporządkowania potrzeb słusznych. Bo asceta konsumpcyjny ma przed sobą hierarchię wartości, według której potrzeby materialne i zewnętrzne salutują przed duchowymi i wewnętrznymi. Co zaś ma na tyle? Ma na tyle łaski, że mu wystarczy, by odpierać pokusy; a skąd biorą się pokusy? Pokusy jak czołgi – biorą się znienacka.

Do musztry więc, drodzy czytelnicy! Jak długa ma to być musztra? To zależy, ilu ascetów konsumpcyjnych stanie w dwuszeregu. To co, zbiórka? Byle bez płaszczów, bo po co płaszcze – po kolana? To utrudni ćwiczenia ascetyczne...


Copyright © by Nowe Życie

Udostępnij w : Wyślij znajomemu



Rozwijaj z nami największy portal katolicki Opoka.org.pl

Wspieram Fundację Darczyńcy

Partner Fundacji:

Partnerzy naukowi:

Wsparcie modlitewne:

Newslettery: