słodki cukiereczek

KURSY E-LEARNING

Grosz do grosza, czyli jak inwestować
Zobacz wszystkie kursy

PREZENTACJE

Problem z pieniądzem kruszcowym
Zobacz wszystkie prezentacje

WYSZUKIWARKA

w całym serwisie
Szukaj

Szkoła i szpital - służba czy biznes?

Michał Wojciechowski | | sekcja: Biznes a etyka

Dodano: 2007-12-10 14:28:04

I jedno i drugie. Nie należy bowiem przeciwstawiać sobie pracy nastawionej na własny pożytek i pracy na rzecz bliźnich. Ludzka praca i przedsiębiorczość łączą zwykle oba motywy. W normalnej gospodarce warunkiem powodzenia jest dostarczanie dóbr i usług, które są komuś potrzebne. Robiąc coś pożytecznego dla bliźnich, otrzymuje się też wynagrodzenie.

Nie inaczej jest w przypadku lekarzy, pielęgniarek czy nauczycieli. Wykonując pracę, która jest zasadniczo służbą dla innych, żyją też z tego. W gruncie rzeczy ich sytuacja nie jest inna niż sytuacja rolnika, piekarza lub sklepikarza, który żywi ludzi, rzecz przecież niezbędna, i uzyskuje za to pieniądze.

Źródła nieporozumień

Mitologia specjalnego miejsca szkoły i szpitala na tle życia gospodarczego i społecznego wynikła z dwóch przyczyn. Pierwsza jest natury historycznej: ponieważ w krajach biednych zwykłych ludzi nie było na nie stać, były prowadzone przeważnie na zasadzie charytatywnej. W Europie zajmował się tym Kościół, a zwłaszcza zakony.
Druga przyczyna, to propagandowe przedstawianie upaństwowionej szkoły i służby zdrowia jako czegoś, co władza „daje" obywatelom. Jest to jednak oczywiste oszustwo. Po pierwsze, upaństwowienie tych dziedzin wiązało się na ogół z zaborem mienia kościelnego, służącego ich utrzymaniu (w Polsce Komisja Edukacji Narodowej przejęła majątek jezuitów, przy okazji przyzwalając na jego rozkradanie). Po drugie, celem szkolnictwa w rękach państwa było przeważnie kontrola treści nauczania i propaganda (narodowa, państwowa, socjalistyczna). Po trzecie, środki na utrzymanie tych dziedzin pochodzą z podatków i składek, co oznacza, że obywatele sami sobie fundują szkołę i szpital, tyle że z dodatkiem biurokratycznej czapy dzielącej pieniądze.

Następuje na skutek tego pewne zrównanie szans, ale jest to zwykle zrównanie w dół. Działalność gospodarcza i usługowa prowadzona przez państwo jest bowiem zawsze mniej efektywna niż prywatna w warunkach wolnego rynku. Dotyczy to także zdrowia i szkolnictwa. Przykład USA wskazuje, że wielkie pieniądze przeznaczone na szkołę publiczną nie przyniosły poprawy wyników nauczania. Tamże okazało się, że tylko częściowe wprowadzenie państwowych ubezpieczeń zdrowotnych i świadczeń już spowodowało wielki wzrost kosztów.

Fałszywe założenie, wprowadzone przez ideologię socjalistyczną, że działalność prywatna jest z natury egoistyczna, zaś działalność państwa byłaby prospołeczna, spowodowało przypisanie państwu szkoły i szpitala. Owszem, władzy państwowej te sfery nie mogą być obojętne, ale ich dobre urządzenie wcale nie wymaga, by biurokracja ręcznie sterowała służbą zdrowia, szkolnictwem i ubezpieczeniami.

Zgadzając się, że ostateczny cel szpitala i szkoły to służba bliźnim, trzeba więc szukać sposobów ich lepszego niż dotąd zorganizowania. Jako ogólną wskazówkę przyjmijmy po pierwsze moralną wyższość ustroju opartego na poszanowaniu własności i wolności, a po drugie głoszoną przez Kościół i zapisaną w preambule Konstytucji RP zasadę pomocniczości (subsydiarności). Głosi ona, że to, czym obywatele i wspólnoty lokalne potrafią się zająć samemu, powinno im być zostawione. Zadaniem państwa jest jedynie pomoc w wypełnieniu tych zadań.

Czek oświatowy

Sposób na pogodzenie życzenia obywateli, by szkoły były powszechnie dostępne i finansowane z budżetu, z wyższością wolnej gospodarki, jest już znany. Jest nim czek oświatowy, zwany też bonem i voucherem. Polega on na tym, że kwota przeznaczona w budżecie państwa np. na szkolnictwo podstawowe jest dzielona w proporcji do liczby dzieci, a ich rodzice otrzymują odpowiedni kwit, którym płacą za naukę. W szkole droższej ewentualnie dopłacają. W ten sposób rodzice czy studenci z petentów „urzędu do spraw nauczania", jakim jest mniej lub bardziej każda szkoła państwowa, stają się klientami, którzy mogą wybierać i wymagać.

Pewne elementy tej idei już w Polsce funkcjonują. W miastach, które konsekwentnie dzielą środki w proporcji do liczby uczniów, stwierdza się redukcję szkół gorszych i rozwój lepszych. Część środków przyznaje się jednak uznaniowo, np. w szkołach wyższych w pewnym momencie w ogóle uniezależniono finansowanie od liczby studentów.
Żeby czek w pełni działał, trzeba jednak znieść państwową czy samorządową własność prawie wszystkich szkół, praktyczny monopol szkoły publicznej. Szkoły mogą być prywatne, społeczne czy kościelne, a pieniądze do nich powinny wpływać tylko wraz z uczniem. Wymaga to zrównania dostępu do lokali szkolnych, docelowo przez prywatyzację. W tej chwili szkoły prywatne uzyskują dofinansowanie budżetowe, ale obarczone są kosztami budynków, i dlatego są dużo droższe. Tymczasem szkołom państwowym budynki fundujemy z budżetu.

Takie zróżnicowanie szkół wymaga oczywiści rezygnacji z daleko idącego ujednolicenia programów szkolnych. Bez tego nie będzie wiele wyboru i twórczej konkurencji między szkołami. Skądinąd obecne społeczeństwo wymaga szkoły bardziej zróżnicowanej i elastycznej niż dotychczasowa.

WWprowadzenie czeku nie obędzie się bez pewnych komplikacji. Na terenach wiejskich koszt i dostępność szkoły wygląda inaczej niż w mieście. Koszty szkół wyższych bardzo zależą od specjalności. Wobec braku mechanizmów wolnorynkowych w tej dziedzinie, nie da się przewidzieć wszystkich czynników problemu.

Następnie, pewne wady szkoły wynikają z wad całego społeczeństwa. W kraju zbiurokratyzowanym, gdzie bardziej liczy się świadectwo niż faktyczna wiedza, zawsze wystąpi ze strony uczniów i rodziców presja w kierunku obniżki wymagań. Zmiana ustroju szkoły przyczyni się jednak do eliminacji takich zachowań.

Prawdziwa reforma szkolnictwa ma jednak przeciwników. Jest to po pierwsze biurokracja i eksperci, szkolny establishment, którego znaczenie wynika z centralizacji szkolnictwa w rękach państwa. Pod drugie są to mierni nauczyciele, którzy obawiają się, że utracą zagwarantowane posady.

Jak prywatyzować szpitale?
Jak wiadomo, państwowe przychodnie są w Polsce w zaniku. Nie mówi się jednak o przychodniach prywatnych czy prywatnych lekarzach rodzinnych, lecz o „niepublicznych ZOZ-ach". Ten absurd językowy wynika z niechęci do słowa „prywatny", wpojonej przez socjalizm i podtrzymywanej przez biurokratyczne państwo.
Wiadomo też dobrze, że dostępność lekarza jest w tym systemie lepsza niż dawniej. Trudności z dostaniem się do niektórych specjalistów wynikają ze zbyt niskiej wyceny ich pracy przez urzędników od zdrowia - no i z emigracji. Nie słychać o strajkach, które mają wymusić podwyższenie stawek, mimo że te zbyt wysokie nie są.

Dlaczego więc ze szpitalami jest inaczej? Skąd awantury, strajki, ewakuacje, niegospodarność, bankructwa, konflikty lekarzy z pacjentami i ministrami? Z tego, że szpitale tkwią w biurokratycznej strukturze państwowej. Nic tu nie pomoże kolejna podwyżka składki zdrowotnej, czyli podatku. Już ją podnoszono, i bez skutku.
Na tę strukturę państwową składają się różne czynniki. Pierwszy, to system ubezpieczeń, w którym ceny nie podlegają regułom rynku, lecz zależą w dużym stopniu od widzimisię urzędników dzielących pieniądze. Drugi, to okoliczność, że własność państwowa zawsze jest mniej zadbana, że wymaga więcej administracji itd. - jest więc przeciętnie droższa i gorzej zarządzana. Na niej pasożytują wszyscy biorący łapówki i urządzający sobie prywatną praktykę na państwowym sprzęcie. Bez uwolnienia ubezpieczeń i prywatyzacji szpitali nie da się z tego wyjść. Tymczasem żadna z partii parlamentarnych szpitali prywatyzować nie zamierza.

Do tego dochodzi czynnik cen leków. Przy państwowych ubezpieczeniach i refundacji producenci zawsze będą zawyżać ceny. Ceną faktyczną, rynkową, jest to, co płaci pacjent, cała reszta to w praktyce przelew z kieszeni podatnika do firm farmaceutycznych, którego w warunkach wolnego rynku by nie było.

Prywatyzacja ubezpieczeń i szpitali jest oczywiście przedsięwzięciem trudnym. Klient ubezpieczeń musi być dobrze chroniony przez prawo. Szpital jest kosztowny, ze względu na budynek i sprzęt, i próby „złodzieizacji" na pewno się pojawią. Dlatego prywatyzację musi poprzedzić reforma i stabilizacja systemu ubezpieczeń, która umożliwi ustalenie, jakich kosztów i wpływów może się spodziewać nabywca: przedsiębiorca, spółdzielnia lekarska czy ktokolwiek inny.

Krótko mówiąc: dobre szkoły i szpitale powstaną, jeśli państwo przestanie zajmować się nimi bezpośrednio, lecz zbuduje sensowne ramy prawne dla ich działania.

Designed byDesigned by f.k.anda
Mapa SerwisuMapa Serwisu Kanały RSSKanały RSS O serwisieO serwisie KontaktKontakt