Serwis Edukacji Ekonomicznej dofinansowany przez NBP

drukuj artykuł wyślij znajomemu komentarze:

Kryzys gospodarczy skutkiem kradzieży

Michał Wojciechowski | Etyczny biznes | Dodano: 2009-04-20

Obecne trudności ekonomiczne świata zachodniego trzeba rozpatrywać na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony mamy obecny stan ostrego kryzysu gospodarczego. Z drugiej jednak towarzyszy nam od dziesiątków lat osłabienie w tej dziedzinie, wyrażające się w dość mizernym wzroście gospodarczym Europy, słabszym niż w krajach, które postawiły konsekwentnie na wolny rynek. Sądzę, że mimo różnicy skali, w obu typach kryzysu chodzi o jedno zjawisko o podobnych przyczynach.Za główne źródło tych problemów uważam poważne, choć zamaskowane kradzieże. Są one w dużym stopniu zalegalizowane, ułatwiane albo wręcz realizowane przez państwo. Tym samym władza państwowa, interweniując w sposób szkodliwy w gospodarkę przez instrumenty prawne i finansowe, nie wywiązuje się zarazem ze swojego podstawowego obowiązku, jakim jest zapewnienie bezpieczeństwa, do czego należy ochrona przez kradzieżą w obrocie gospodarczym.

Mechanizmy kradzieży

Prześledźmy to najpierw na przykładzie kryzysu amerykańskiego, który zaczął się w branży nieruchomości. Jego początkiem były przepisy wydane przez demokratów w latach siedemdziesiątych, które w sposób sztuczny ułatwiały uzyskiwanie pożyczek. W szczególności nakazywały one pożyczanie osobom bez zdolności kredytowej. W ten sposób próbowano zrealizować marzenie, by każdy Amerykanin miał swój dom. Decyzja ta ma wszelkie cechy ideologicznego socjalizmu, zmierzającego do sztucznego zrównania szans przez odbieranie ich ludziom pracowitym, przedsiębiorczym, oszczędnym, uczciwym, na rzecz osób, którym tych cech brakuje.

Od strony moralnej oznaczało to jednak, że pewne osoby otrzymywały środki, na które nie zapracowały. Ktoś musiał za nie zapłacić, choć nie stało się to od razu widoczne - zwykle tak jest, że gdy władza daje, obywatele się cieszą i zapominają, że dając, musiała komuś zabrać. Ustawodawca USA zachęcił więc osoby biedniejsze do okradania współobywateli płacących podatki. Pierwsza faza tej kradzieży to pomoc państwa dla instytucji kredytowych oraz wynikłe pośrednio z owych przepisów ograniczenie dostępu do kredytów dla tych, którzy mogliby je spłacić i lepiej wykorzystać (co oczywiście rzutowało na dobrobyt ogólny). Druga faza to obecne koszty kryzysu.

Te pierwsze szkody dobrze odpowiadają zasadzie ujętej w tytule książki F. Bastiata „Co widać, a czego nie widać". Było widać uboższych budujących domki, a nie było widać tego, co powstać nie mogło. Następnie, do zamaskowania problemu przyczyniło się to, że potężne Stany Zjednoczone były w stanie długo znosić te koszty bez większego zaburzenia na rynku. Bogaty Zachód myśli na ogół, że stać go już na nieumiarkowane wydawanie.

Sytuacja uległa pogorszeniu po roku 2000. Po pierwsze, dla stymulowania gospodarki amerykańskiej Fed skrajnie zaniżył stopy procentowe. Oznacza to kolejną kradzież. Gdyby stopy wynikały z relacji rynkowych, podział korzyści między pożyczających i pożyczkobiorców byłby sprawiedliwy, a zasoby racjonalnie wykorzystane. Zaniżenie stóp oznacza, że oszczędni są pozbawiani części korzyści ze swojej pracowitości i zaradności, a pożyczkobiorcy niesprawiedliwie zyskują, czyli po prostu okradają tych pierwszych. Co więcej, powstaje zachęta do pożyczania lekkomyślnego i nieuczciwego, a więc do marnotrawstwa i kradzieży świadomej. Zjawiska te przyspieszyły nadymanie bańki kredytowej, a tym samym jej pęknięcie.

Drugi ważny czynnik, to wydatki wojenne. Wydanie 600 miliardów dolarów na Irak (dziesięciokrotnie więcej, niż było zakładane), w połączeniu z powstaniem dużych długoterminowych zobowiązań, takich jak renty dla poszkodowanych, pogorszyło sytuację budżetu, a tym samym obciążyło gospodarkę.

W ten sposób kredytobiorcy z państwem jako wspólnikiem okradali oszczędnych, pracowitych, twórczych, i w ogóle podatników. Jest to złe i moralnie, i ekonomicznie. Drugą grupę złodziei utworzyły banki i instytucje udzielające kredytów hipotecznych, w których zresztą partycypowało państwo. Udzielając zbyt wielu kredytów, do czego ich zachęcało i obligowało prawo, potrafiły sytuację po swojemu wykorzystać.

Więcej budowano, ponieważ wzrósł popyt. Rósł na tyle, że nieruchomości znacznie podrożały. W księgowości banków figurował więc na minusie udzielony kredyt, powiedzmy dwieście tysięcy dolarów. Na plusie jako wierzytelności wpisywano zobowiązanie zwrotu owych dwustu tysięcy i zapłacenia należnych w przyszłości procentów, powiedzmy: w sumie drugie tyle. Jako zabezpieczenie służył dom, wart na skutek czasowego wzrostu cen trzysta tysięcy albo i czterysta. Póki co, wydawało się, że wszystko jest w porządku.

Co w tym niemoralnego? Bank pożyczywszy dwieście tysięcy wykazywał aktywa na kwotę czterystu tysięcy, w dużej mierze fikcyjne, bo ich spłacenie było często nierealne, a zabezpieczenie pozorne. Potem na tej bazie pożyczano dalej, a bankierzy sprzedawali pakiety wierzytelności, niby to zabezpieczonych hipotecznie, oraz różne „instrumenty pochodne". Kupowali to liczni inwestorzy, nie wiedzący o oszustwie, a zwłaszcza drobni ciułacze, lokujący oszczędności w rzekomo bezpiecznych papierach giełdowych; przypuszczam, że ulokowano tak też nadwyżki petrodolarowe i kapitały chińskie. Na tę działalność instytucje kontrolne przymykały oko. A przecież chodziło o papiery bez pokrycia, czyli pospolite wyłudzenia!

Finał czyli kryzys

Kryzysowi mogło zapobiec, albo przynajmniej go złagodzić, przeciwdziałanie kradzieży przez prawo. To jednak okazało się dziurawe, a istniejący nadzór bankowy - pobłażliwy. Skąd ta tolerancja?

Bezpośrednią przyczyną była zapewne pewnego rodzaju korupcja. Decydenci nadzoru bankowego to koledzy dyrektorów banków, miedzy tymi branżami istnieje przepływ. Nadgorliwy kontroler nie dostanie potem bajecznej posady... Ponieważ w USA wpłaty na kampanie wyborcze są jawne, wiemy, że sektor bankowy to największy donator obu głównych partii. Banki finansujące kampanię dostały potem ogromne wsparcie państwa. Nie tylko u nas biznes liczy na wdzięczność polityków.

Nie znaczy to, że uczestnicy tego procederu mieli złą wolę. Chodziło raczej o samooszustwo. Można się domyślić, że wierzyli oni w pożytek z ekspansji kredytowej. Teorie Keynesa głoszą bowiem bardzo wygodną dla państw i banków tezę, że wydawanie jest motorem rozwoju gospodarczego. Popularność tej teorii dowodzi niestety, że ekonomia nie osiągnęła jeszcze rangi nauki.

Studiowałem kiedyś fizykę, tam z wynalazcami perpetuum mobile się nie dyskutuje. Tymczasem w takiej ekonomii można wierzyć, że w gospodarce powstaje coś z niczego, że pusty pieniądz w formie popytu wykreuje podaż rzeczywistych dóbr, towarów i usług. Że da się obejść prawo podaży i popytu. Tak się dzieje, ale chwilowo: oszustwo wychodzi na jaw, a gospodarka popada w stagnację, albo dochodzi do krachu. Taka ekonomia popytu ma wymiar moralny. Producenci fałszywych pieniędzy nabywają bowiem za nie realne dobra, co oczywiście stanowi pewną formę kradzieży.

Głównym wytwórcą pieniędzy bez pokrycia są rządy, ale jak widać na przykładzie amerykańskim, uczestniczą w tym również instytucje finansowe, jeżeli ich nie ogranicza prawo karne. Tymczasem karząc detalicznych złodziejaszków, nie ściga się aferzystów na skalę kraju.

Oszukańczy system działał aż do wyczerpania się możliwości mnożenia kredytów i sprzedaży domów. Popyt spadł, bo musiał, i bardzo mocno spadły ceny, nawet może bardziej, niż musiały, bo przy gwałtownych ruchach cen występuje panika. Okazało się, że gdy kredytobiorca jest niewypłacalny, dom zbudowany za dwieście tysięcy można sprzedać za jakieś sto tysięcy, i to z trudem. Aktywa okazały się oszustwem księgowym. Masowa utrata ich wartości zagroziła także całemu normalnemu biznesowi, gdyż z rynku znikła kwota rzędu dwóch tysięcy miliardów dolarów, rujnując wszystkie ceny i plany.

Kto stracił? Na pewno nie dobrze opłacani dyrektorzy banków. Przede wszystkim ci, którzy inwestowali w oszukańcze papiery oraz w bankach oszczędzali. Ta okoliczność, w połączeniu z chaosem na rynku, skłoniła rząd amerykański do udzielenia bankrutom gigantycznej pomocy, właściwie wykupienia ich. W ten sposób na miejsce fikcyjnych pieniędzy rząd wpłacił prawdziwe.

No tak, ale skąd je ma? Głównie z podatków. Innymi słowy, pieniędzy nie przybyło, ale zabiera się je ogółowi obywateli po trochu (ponad dwadzieścia tysięcy dolarów na rodzinę). Po to, żeby uratować spekulantów oraz ich ofiary. W skali całej gospodarki niczego oczywiście nie przybyło, dlatego efekty kuracji są i będą marne. Natomiast rząd popełnia w ten sposób gigantyczną kradzież, zabierając pracowitym i oszczędnym, a ratując nieudolnych, rozrzutnych i pechowych.

Mówiąc obrazowo: wyobraźmy sobie, że przez lata toleruje się produkcję fałszywych banknotów, motywując to potrzebą wsparcia biedniejszych. Potem nagle zostają one ujawnione. Potem rząd zabiera wszystkim po trochu, a zwraca tym, którzy nagromadzili pieniądze fałszywe, także aferzystom. Jedyna różnica jest taka, że tym fałszywym pieniądzem były w USA zobowiązania dłużników i instytucji kredytowych.

Odnotujmy, że rządy interweniując powołują się na potrzebę utrzymania jakiej takiej równowagi na rynku. Jest to trudne do zweryfikowania. Wydaje się, że poprawę równowagi uzyskuje się zbyt wysokim kosztem, a mianowicie blokuje się w ten sposób naturalne wyjście z kryzysu i przyszły wzrost. Wiadomo, że w przeszłości po ostrych kryzysach na rynku następował wieloletni boom.

Co będzie dalej

To wszystko oczywiście odbija się na innych krajach, gdyż handlują z Ameryką, mają amerykańskie papiery, występują w nich podobne mechanizmy kredytowania. Generalnie rządy reagują tak jak USA, to znaczy zatykają dziury kosztem ogółu podatników, co jest ekonomicznie krótkowzroczne, a moralnie skandaliczne. Wielka Brytania chce jawnie dodrukować banknoty na sumę 150 miliardów funtów! Inną reakcją jest protekcjonizm, szkodliwy na dłuższą metę dla wszystkich.

Ogólne skutki kryzysu tak wywołanego to najpierw zastój gospodarczy, jeszcze nasilony przez zabór pieniędzy podatnika przez państwa, rzekomo ratujące gospodarkę. Drugi efekt, jeszcze gorszy i bardziej długofalowy, to narastanie interwencjonizmu państwowego, czyli stałego okradania podatnika. Można dziś obserwować bezwstydną propagandę tego procederu, w postaci wychwalania rządów „pomagających" gospodarce. Nikt prawie nie pyta, z czyjej kieszeni idzie ta pomoc. Jej koszt to zahamowanie rozwoju gospodarczego. Obecnie zmierzamy ku stagnacji.

Winę na kryzys zwala się na wolny rynek. Wielu ludzi w to wierzy, gdyż przedtem wmówiono im, że w świecie zachodnim panuje wolnorynkowy kapitalizm. Faktycznie mamy ustrój biurokratyczny z ogromnym sektorem publicznym, który wchłania od jednej trzeciej do dwóch trzecich produktu narodowego (w Polsce połowę), z czym wiąże się rozległy interwencjonizm i ograniczenie wolności gospodarczej. Dla biurokratów kryzys to świetna okazja do trudno odwracalnego poszerzenia swojej władzy kosztem pożytecznie pracujących obywateli.

Nie byłoby więc tego kryzysu bez zepsucia mechanizmów rynkowych przez rządy. A teraz ci, którzy zepsuli zegarek, szczycą się tym, że go naprawiają. Lepiej, by nic nie robili. Na hasło PRL „Śpij spokojnie, ORMO czuwa" warszawska ulica słusznie odpowiedziała „Śpij spokojnie, ORMO też śpi".

Pomniejsze pozytywy

W zestawieniu z tymi następstwami kryzysu jego efekty pozytywne są mniejsze, ale występują. Zniknięcie pustego pieniądza trochę go urealni. Pieniądz powinien mieć bowiem pokrycie w dobrach. Ceny ropy znowu są normalne, a przedtem były zawyżane przez spekulantów, skupujących ją za nadwyżkę pieniędzy (za mało czujemy skutki, gdyż w litrze benzyny większość to podatki). Notabene częścią tego zasobu pustych pieniędzy są nadwyżki dolarowe krajów naftowych i Chin. Podobny efekt powinien wystąpić przy innych surowcach, jeśli nie zachodzi sytuacja monopolu (Rosję potanienie ropy może zrujnować, odbija więc sobie na gazie). W Polsce kredyty były raczej za drogie niż za tanie, a banki na zawyżeniu stóp zarabiały krocie; ich obniżenie, wymuszone przez sytuację, powinno nam pomóc. Jest wreszcie nadzieja, że władze państwowe lepiej zajmą się w przyszłości tym, czym zajmować się powinny, to znaczy chronieniem obywateli przed kradzieżą ze strony wypuszczających na rynek papiery bez pokrycia. O ile interwencja finansowa państwa jest szkodliwa, to taka funkcja policyjna powinna być przez nie spełniana.

Warto wreszcie zauważyć, że kryzys wzbudził pewne zainteresowanie dla reguł ekonomii. Mimo propagandy rzekomej zbawiennej roli państwa i ofensywy interwencjonizmu, ludzie zaczynają pytać. Mamy okazję, by na te pytania prawidłowo odpowiedzieć.

Polska

W Polsce kryzys ma najpierw wymiar finansowy. Jeśli polskie banki nie miały złych papierów, miały je ich centrale za granicą. Nakazują więc oszczędności. Zniknięcie fikcyjnych aktywów spowodowało spadek popytu na tradycyjne przedmioty spekulacji, jak obligacje i waluty, co przyczyniło się do sztucznego spadku kursu złotówki. Na poziomie dóbr i usług pochodną kryzysu na Zachodzie jest osłabienie obrotu z zagranicą, trudności z uzyskaniem kredytów oraz zastój z obawy przed aktywnością. Płacimy zatem za cudze kradzieże.

Jeszcze w sprawie kursu złotego. Wynika on z wyprzedaży walorów, jakie bankrutom pozostały, a wtórnie ze spekulacyjnej gry na zniżkę. Niewykluczony jest tu czynnik polityczny. Polska ogłosiła chęć przyjęcia euro. W tej perspektywie byłoby dla nas lepiej, gdyby kurs wynosił dwa złote za euro (co odpowiada w przybliżeniu relacji cen i wydajności pracy), ale Niemcy i inni woleliby pięć złotych za euro, bo wtedy polskie kapitały będą mniej warte. Ogłoszenie o zamiarze przyjęcia euro było krokiem nieszczęśliwym i zachęciło do udziału w ataku na złotówkę.

Państwo stale kradnie

Na wstępie zapowiedziałem, że mowa też będzie o szerszym tle kryzysu, długotrwałej niewydolności bogatych gospodarek. Jeśli się dobrze zastanowić, ten efektowny kryzys to tylko wierzchołek góry lodowej. Gospodarki te są od dawna osłabione przez praktyki, które od kradzieży różnią się głównie nazwą.

Podstawowa jej forma to rabunkowe opodatkowanie. Gdy rządy utrzymują ogromną biurokrację, a świadczenia społeczne są niskiej jakości, jasną jest rzeczą, że ta część środków całego kraju, jaką dysponuje sektor publiczny, jest wydawana źle. Na straty składa się koszt biurokracji, marnotrawstwo, nieuniknione przy wydawaniu nie swoich pieniędzy, oraz zwykła korupcja. Ekonomicznie jest to zła alokacja zasobów, moralnie - złodziejstwo.

Przeciętny polski pracujący myśli, że „dostaje" różne świadczenia. Faktycznie za płacone przez całe życie podatki i składki mógłby je nabyć za gotówkę i jeszcze by mu sporo zostało. Pracujący na pensji nie wie, że ponad dwie trzecie tego, co wypracował, idzie na różne podatki (trzeba tu zsumować PIT, VAT, składki, akcyzę na paliwo itd.).

Jeśli ktoś na tym systemie korzysta, to ci, którzy nie pracują, a naciągają pomoc społeczną, co na Zachodzie jest dużo bardziej rozwinięte niż u nas. Tu i tam podpiera się również nieefektywne duże przedsiębiorstwa. Polskie specjalności w tej dziedzinie to przedwczesne emerytury oraz fikcyjne renty.

Inna masowa kradzież: Polska obecna nie zwróciła tego, co w majestacie komunistycznego prawa ukradziono jej obywatelom po wojnie. W krajach sąsiednich reprywatyzacja była możliwa, u nas jakoś nie. Kolejne rządy chciały zatrzymać majątek w rękach urzędników, czyli swoich, czemu towarzyszyło jej korupcyjne rozdrapywanie. Nawet dzisiaj możliwy byłby zwrot w naturze, choćby w formie zastępczej, majątku niegdyś zabranego. Byłoby to i uczciwe, i korzystne ekonomicznie, bo przecież państwowe znaczy niewydajne. Zamiast tego proponuje się ułamkową rekompensatę, to znaczy władza zatrzyma majątki (pochodzące z kradzieży), a zmusi obywateli do zrzucenia się na odszkodowanie (czyli ich okradnie).

Największa dziś kradzież to system emerytalny. Jego istota jest taka, że pracującym zabiera się pieniądze, wykorzystując je zwłaszcza na należne innym emerytury, a w zamian dając obietnicę, że kiedyś ktoś i im zapłaci. Nikt, kto pracuje do osiągnięcia wieku emerytalnego, nie dostanie jednak tyle, ile wpłacił w ciągu życia. Dużo lepiej by wypadł na lokatach bankowych. Dodatkowy, fatalny skutek wysokich podatków i składek to zniechęcanie do posiadania dzieci i w konsekwencji kryzys demograficzny. Nie będzie tych, którzy utrzymają emerytów.

Tak zwany drugi filar rzekomo polega na tym, że oszczędzamy na swoje emerytury. Jest to wielkie kłamstwo. Po pierwsze, pieniądze idą do prywatnych funduszy, które suto z nich żyją. Po drugie, nie ma żadnego bodźca, by skutecznie pomnażały nasze pieniądze, i faktycznie w skali wieloletniej tego nie osiągnęły. Po trzecie, owe fundusze inwestują w obligacje państwowe, czyli pożyczają państwu na spory procent. Zapłacimy za to my sami. Finansujemy więc i tak swoje emerytury, ale naszymi oszczędnościami żywimy stado pasożytów. Po czwarte, nowa ustawa stanowi, że te oszczędności nie mogą być wycofane po dojściu do wieku emerytalnego, ani też odziedziczone, co przedtem gwarantowano. Jest to gigantyczny prezent dla instytucji emerytalnych. Odpowiednią ustawę prezydent gładko podpisał, choć o sprawy sto razy mniej ważne się spiera.

Wnioski

Dość podobnie rzeczy się mają w innych krajach cywilizacji zachodniej. Jakie to ma skutki? Jak człowiek, któremu upuszczono krwi, będzie słaby, tak i gospodarka, w której tak się wysysa pieniądze z pracujących, będzie się rozwijała niemrawo. Władze nie chronią bowiem własności, to znaczy majątku i dochodów obywateli. Porzucono przykazanie „nie kradnij!". Tymczasem na nim opiera się każda normalna i uczciwa gospodarka.

Skutkuje to brakiem wolności gospodarczej. Wolność stanowi bowiem aspekt własności: przecież własność to nic innego, jak prawo do swobodnego dysponowania rzeczami. Tę krępują wagony przepisów, rodzimych i europejskich. Własność jest bądź wprost zabierana, bądź ograniczana.

Jak widać, u źródeł kryzysu gospodarczego, zjawiska ze sfery materialnej, leży konflikt z Dekalogiem, czyli kryzys moralny.

Michał Wojciechowski

Autor jest świeckim profesorem teologii na uniwersytecie w Olsztynie, ekspertem Centrum im. Adama Smitha, przewodniczącym rady programowej fundacji PAFERE. W roku 2008 opublikował książki „Moralna wyższość wolnej gospodarki" oraz „Biblia o państwie". Tekst jest oparty na wypowiedzi na konferencji zorganizowanej przez PAFERE.

Źródło: Michał Wojciechowski

Komentarze

Ilość komentarzy: dodaj komentarz rozwiń wszystkie

Dodaj komentarz

wszystkie pola, oprócz adresu email, są wymagane
Newsletter Newsletter

Aktualności z Serwisu Edukacji Ekonomicznej prosto do Twojej skrzynki pocztowej

Nowości z działu

Polecamy w serwisie

Ostatnio komentowane

Słownik pojęć ekonomicznych

Dictionary
alfabetycznie

a b c d e f g h i j k l m n o p r s t u w y z