A na giełdzie nadal tłok...
Małgorzata Pokojska | NBPortal | sekcja: Rynki
Dodano: 2007-10-29 21:56:00
Rachunków inwestycyjnych w domach maklerskich jest w Polsce około miliona, ale aktywnych graczy oczywiście mniej. W 2005 roku na warszawskiej giełdzie zarobiło 250 tys. drobnych inwestorów, którzy w sumie zapłacili 766 mln zł podatku od zysków kapitałowych (według stawki 19%). W ubiegłym roku liczba takich szczęśliwców wzrosła do 277 tys., a ich podatki zasiliły budżet kwotą 1,7 mld zł. W pierwszym półroczu tego roku udział drobnych inwestorów w obrotach giełdy wyniósł 34%. Żadna inna giełda Europy Środkowo-Wschodniej nie może poszczycić się takim wynikiem. Inwestowanie na giełdzie staje się pasją coraz większej liczby Polaków. Spróbować może każdy, kto ma jakieś nadwyżki finansowe i jest gotów podjąć ryzyko. Akceptacja ryzyka jest ważna, bo giełda to nie bank - można na niej dużo zarobić, ale można też stracić. Ci, którzy mają wysoką skłonność do ryzyka, na zakup akcji zaciągają nawet kredyty bankowe, by zwiększyć swoje szanse na uzyskanie dużych zysków.
Akcje spółek kupować można na giełdzie, na tak zwanym rynku wtórnym, albo w ofercie publicznej, czyli na rynku pierwotnym (nowe emisje). Na giełdzie jest notowanych obecnie około 330 spółek, jest więc z czego wybierać. Rzecz w tym, by robić to mądrze. Pomocne są na pewno rekomendacje specjalistów z biur maklerskich i banków inwestycyjnych, którzy analizują sytuację każdej spółki. Ponadto giełda oblicza indeksy branżowe dla ośmiu branż. Wzrosty i spadki tych indeksów informują, jak kształtuje się koniunktura dla danej branży. W tym roku na przykład najbardziej rosła branża budowlana - co można było przewidzieć, obserwując galopadę cen nieruchomości - na drugim miejscu były banki.
Są inwestorzy, którzy najchętniej kupują akcje spółek w momencie ich wchodzenia na giełdę, bo są przeświadczeni, że na nowych emisjach trudno stracić. Do niedawna rzeczywiście tak było, zwłaszcza jeśli spółkę do obrotu wprowadzał Skarb Państwa. Zawsze była tzw. „zakładka” w cenie emisyjnej akcji, by inwestorzy w pierwszym notowaniu po debiucie mogli zarobić, bo to ułatwiało proces prywatyzacji państwowego majątku. Jednak ostatnio na giełdę wchodzą głównie spółki prywatne, które nie zawsze od razu dają zarobić. Przyczyny tego leżą również w chwiejnej koniunkturze (zawirowania na światowych giełdach), w zbyt wysokiej cenie emisyjnej, w wysokiej podaży akcji zbywanych przez dotychczasowych akcjonariuszy, a nieraz w tym, że spółka działa w branży, która akurat nie jest chętnie kupowana. Tu także rządzi moda.
Na giełdzie można zarobić, sprzedając akcje drożej niż były kupione, a więc z zyskiem, lub czekając na dywidendę. Jeśli spółka jest rentowna, na ogół wypłaca dywidendę, która pochodzi z wypracowanego przez nią zysku. Ale może się zdarzyć, że w pierwszym okresie obecności na giełdzie spółka nie będzie dzielić dywidendy, ponieważ zamierza cały zysk przeznaczyć na rozwój. O polityce dywidendy spółka powinna jednak publicznie informować. Każdy indywidualny inwestor musi więc na bieżąco interesować się spółką, której akcje posiada. Wytrawni inwestorzy wiedzą, że trzeba nie tylko znać daną spółkę, ale rozumieć też mechanizmy rynku, co w praktyce oznacza, że trzeba posiadać również silne nerwy i nie reagować w panice na wahnięcia kursów.

Gospodarka
Finanse
Pieniądz
Rynki
Analizy



