Rynek robi to lepiej
Witold Gadomski | NBPortal.pl | sekcja: Pieniądz
Dodano: 2006-10-18 14:00:00
Wielu przedsiębiorców jest przekonanych, że ich sytuacja byłaby znacznie lepsza, gdyby kurs złotego wobec najważniejszych walut zagranicznych obniżył się. Dotyczy to, co zrozumiałe, eksporterów, których zyski są silnie powiązane z kursem walutowym, ale także producentów nastawionych na rynek krajowy. Mają oni nadzieję, że słabszy złoty podniesie ceny towarów z importu i wówczas łatwiej będzie konkurować z nimi firmom krajowym. Rozumowanie takie jest uprawnione tylko w ograniczonym zakresie. Przede wszystkim - to co sprzyja konkretnej firmie, wcale nie musi być korzystne dla większości przedsiębiorców i dla całej gospodarki. To, co cieszy eksporterów, martwi importerów, a także konsumentów, którzy osłabienie kursu złotego odczuwają w postaci wyższych cen. Polska jest niemal w 100 procentach uzależniona od importu paliw płynnych, których ceny rosną wraz z osłabieniem złotówki. Inflacja powoduje presję na wzrost płac, który zjada część zysków wypracowanych dzięki słabszej walucie.
Podział na eksporterów i importerów jest zresztą uproszczony. Wiele przedsiębiorstw, sprzedających swe towary na rynkach zagranicznych, sprowadza z zagranicy surowce i półprodukty. Szybkie zmiany kursu złotego - zarówno w górę, jak i w dół, utrudniają kalkulację i ocenę, co się opłaca produkować, a co nie. Korzystniejszy jest kurs stabilny, do którego przedsiębiorcy mogą się w dłuższym okresie dostosować. Jeśli przy kursie 4 zł za euro nie opłaca się produkować T-shirtów lub kolorowych ołówków, należy z tej produkcji zrezygnować. To po prostu oznacza, że w innych krajach produkuje się je taniej i lepiej. Trzeba poszukać dziedzin, w których my posiadamy nad innymi krajami przewagę. Uwolnione moce produkcyjne można przeznaczyć na wytwarzanie tych towarów, które da się opłacalnie sprzedać w kraju i za granicą.
Nawet gdybyśmy założyli, że istnieje optymalny kurs walutowy, korzystny dla największej liczby producentów i konsumentów, to wcale nie jest to równoznaczne z wnioskiem, że bank centralny ma możliwości ustalania takiego kursu. Gospodarka nie jest bowiem mechanizmem statycznym, w którym da się raz na zawsze określić wszystkie parametry. Ten „optymalny" kurs walutowy zależałby przecież od poziomu cen w kraju i za granicą, od zmian cen konkretnych towarów, od wzajemnych kursów między innymi walutami, od tempa wzrostu wydajności w kraju i za granicą. Trzeba by go dostosowywać do zmieniających się warunków. Ale czy ma to robić bank centralny? Przecież informacje o zmieniających się warunkach docierają do banku z pewnym opóźnieniem, przetwarzanie danych, podjęcie decyzji - to wszystko też wymaga czasu. Okazałoby się zatem, że bank wyznacza kurs, który już nie jest wcale „optymalny". Znacznie sensowniej jest to zadanie pozostawić rynkowi. Gdy kurs walutowy jest płynny, sam dostosowuje się do zmieniających warunków. Uwzględnia przy tym znacznie szybciej informacje, trudno dostępne dla centralnych decydentów.
Z drugiej strony, do kursu walutowego dostosowują się też przedsiębiorcy. W dłuższym okresie złoty realnie się umacnia, gdyż wzrost wydajności pracy, zwłaszcza w firmach proeksportowych, jest znacznie szybszy niż w krajach, które są odbiorcami naszych towarów, a wzrost płac na ogół nie nadąża za wzrostem wydajności. Przed pięciu laty eksport pewnego towaru był opłacalny przy kursie 4,50 zł za euro, dziś - dzięki wzrostowi wydajności pracy - wystarczy 4 zł. Jeżeli jednak jakaś firma nie potrafiła zwiększyć wydajności pracy, aprecjacja złotego (jego umocnienie) mogła ją doprowadzić do katastrofy. Dla konkretnego przedsiębiorstwa, dla zatrudnionych w nim pracowników, to fatalnie, ale dla całej gospodarki i konsumentów, raczej dobrze. Wzrost wydajności pracy, wymuszony przez aprecjację, (a z drugiej strony będący przyczyną aprecjacji), oznacza szybszy wzrost bogactwa, z którego korzysta całe społeczeństwo. Jest to proces zachodzący stopniowo, choć w polskich warunkach dosyć szybko. Wymaga on przede wszystkim przewidywalnych warunków gospodarowania: niskiej inflacji, stabilnych kursów, podatków, warunków prawnych.
NBP ma na tym polu do wykonania bardzo ważne zadanie - ma stabilizować poziom cen. Próba realizowania jednocześnie dwóch celów - utrzymywania niskiej inflacji i kształtowania takiego kursu, który zapewni opłacalność produkcji jak największej liczbie firm, spowodowałaby, że żaden cel osiągnięty nie zostanie. Osłabienie złotego, „korzystne" dla eksporterów, spowoduje bowiem wzrost inflacji, płac i kosztów produkcji. To wymusi kolejne pchnięcie złotego w dół, by ponownie poprawić opłacalność eksportu. W konsekwencji utrzymuje się wysoka inflacja, a waluta próbuje nadążyć za tym procesem, wciąż osłabiana przez bank centralny. Taką politykę pieniężną przez wiele lat uprawiała Turcja, gdzie bank centralny, współdziałając z rządem próbował manipulować kursem liry, by ustalić go na poziomie, gwarantującym opłacalność eksportu. Przypominało to pogoń za własnym ogonem. Inflacja niwelowała chwilowe efekty deprecjacji (osłabienia) waluty, a brak stabilności gospodarczej powodował groźbę wybuchu kryzysu finansowego. Turcja przeżyła taki kryzys w roku 2001 i dopiero to skłoniło tamtejszy bank centralny i rząd do zmiany polityki makroekonomicznej - równoważenia finansów publicznych i walki z inflacją. Kurs waluty jest dziś płynny, ale dość stabilny. Efekty są nienajgorsze: inflacja spadła poniżej 10 proc., rośnie eksport i produkcja. Okazuje się, że tureccy eksporterzy wcale nie potrzebują pomocy państwa. Oczywiście - nie tylko tureccy.

Gospodarka
Finanse
Pieniądz
Rynki
Analizy



